– Prezydent USA nie jest kimś, kto wypowiada się w jakiś sprawach przez przypadek. Oczywiście, że dobrze wiedział, co mówi. I był to jasny sygnał pod adresem Putina – ocenia Oreszkin. A kto powiedział że to był 1.6M views, 5.7K likes, 357 loves, 417 comments, 3.1K shares, Facebook Watch Videos from Chujnia z Grzybnią: Co za przypadek? A kto powiedział że to był przypadek Wniosek: Jacques Attali nie powiedział, że pandemia to sposób na redukcję populacji na świecie. Nie twierdził też, że chce eutanazji ludzi starszych. Nie ma takich słów, ani w książce z 1981 roku, ani późniejszej z 2008 r. Jego futurystyczne rozważania dotyczące rozwoju społeczeństw zostały zmanipulowane. Gentle Giant – brytyjska , aktywna w latach . Obok King Crimson Emerson, Lake & Palmer wyznaczyła artystyczne granice gatunku, nigdy jednak nie osiągnęła sukcesu tej miary co tamte zespoły. Podobnie jak inne grupy z tego kręgu, muzycy z Gentle Giant charakteryzowali się techniczną wirtuozerią i innowacyjnością w podejściu do . Zaginięcie całej rodziny Bogdańskich ze Starowej Góry to jedna z najbardziej tajemniczych spraw. Bez śladu przepadło pięć osób. Policjanci mówią, że takiego zaginięcia nie było w Polsce od czasów zakończenia II wojny TAJEMNICZEGO ZAGINIĘCIA RODZINY BOGDAŃSKICHW kwietniu 2003 roku ostatni raz widziano: Krzysztofa Bogdańskiego, jego żonę Bożenę, matkę Danutę i dwójkę jego dzieci: Małgosię i Jakuba. - Cały czas wierzymy, że żyją - jeszcze kilka lat temu mówiły ich rodziny. Każdy telefon czy dzwonek do domofonu dawały im nadzieję. Ta nadzieja pojawiała się też, gdy otwierali skrzynkę na listy. Zwłaszcza przed świętami. Ale od kwietnia 2003 roku nie było telefonu, kartki, listu, żadnej wiadomości. Wtedy Bożena ostatni raz rozmawiała ze swoją siostrą Danutą. Ta zadzwoniła do zaginionej. Bożena powiedziała, że ma kłopoty. Ale przez telefon nie chciała mówić o problemach. Miała opowiedzieć, gdy się spotkają. Danuta pojechała do siostry, ale jej nie do Starowej Góry przyjechał Tadeusz, ojciec Danuty i Bożeny. Spotkał zięcia. Wytłumaczył mu, że córka wyjechała do Wrocławia. Bogdańscy mieli założyć biuro turystyczne, a tam organizowano kurs przygotowujący do jego prowadzenia. Bożena miała wziąć w nim udział. Zabrała ze sobą ich dzieci: 16-letnią wtedy Małgosię i 12-letniego Kubę. Przy okazji mieli zwiedzić Wrocław i rozmawiał jeszcze telefonicznie ze szwagierką. Z Wrocławia mieli jechać do Niemiec na święta, do wspólnej przyjaciółki jego i żony. Danuta się uspokoiła, nie przypuszczała, że wtedy ostatni raz rozmawiała z tydzień po wyjeździe Bożeny i dzieci, Krzysztof był widziany w Starowej Górze. Jedna z sąsiadek opowiadała, że w Wielki Piątek rozmawiała z nim przez ogrodzenie. Nie zauważyła w jego zachowaniu nic dziwnego. Jej też powiedział, że Bożena i dzieci są we Wrocławiu. Jego matka miała przebywać u znajomych poza Łodzią. On sam tego dnia malował ściany na strychu...Wielkanoc minęła, a Bogdańscy nie dawali śladu życia. Zaniepokojona Danuta zadzwoniła do przyjaciółki z Niemiec, z którą Bogdańscy mieli spędzić święta. Nie było ich. Wtedy zawiadomiła policję o zaginięciu bliskich. Był 8 maja 2003 z wydziału kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi, który prowadził tę sprawę w czasie swojej wieloletniej pracy w policji nie spotkał się z takim zaginięciem. - W rozwiązanie zagadki włożyliśmy kawał porządnej, policyjnej roboty, ale na razie efekty są marne - mówił nam policjant. - Ich sprawa zajmuje pięć tomów policyjnych akt, po dwieście do trzystu stron banków i prokuratur są zainteresowani odnalezieniem Krzysztofa BogdańskiegoBogdańscy byli normalną rodziną. Nigdy nienotowaną w policyjnych kartotekach. Bożena i Krzysztof poznali się w technikum łączności. Szkolna miłość skończyła się w 1985 roku ślubem. Dwa lata później na świat przyszła Małgorzata, a po kolejnych czterech latach - Jakub. Początkowo mieszkali w centrum Łodzi, ale postanowili wybudować dom w Starowej Górze na działce rodziców im się nieźle. Krzysztof prowadził firmę. Sprowadzał z zagranicy części komputerowe. Interes kwitł. Wybudowali dom, kupili volvo s70, warte wówczas kilkadziesiąt tysięcy złotych. Dzieci uczyły się w prywatnych szkołach. Małgosia była w ostatniej klasie Katolickiego Gimnazjum im. Jana Pawła II w Łodzi, a Kuba chodził do piątej klasy Szkoły Podstawowej Towarzystwa Naukowego „Edukacja”.Szczęście nie trwało wiecznie. Polski rynek zaczął zalewać sprzęt komputerowy sprowadzany z Chin. Jednoosobowa firma Krzysztofa nie była w stanie wygrać z konkurencją. Zaczęły się kłopoty finansowe. Wtedy zaczął handlować pirackim oprogramowaniem do Play Station i Wizji TV na giełdzie ze sprzętem elektronicznym na stadionie Łódzkiego Klubu Sportowego. Problemy były coraz większe, a Bogdańscy dalej chcieli żyć na poziomie, do którego zdążyli się kredyty, pożyczali pieniądze od bliższych i dalszych znajomych. Krzysztof zaczął też grać na internetowej giełdzie finansowej, gdzie nie zawsze dopisywało mu szczęście. Policjanci obliczyli, że przed zniknięciem jego zadłużenie mogło sięgnąć miliona złotych. Są i tacy, którzy twierdzą, że długi były o wiele większe. Niektórzy zaprzeczają, że pożyczyli mu pieniądze, choć dokumenty mówią co znają przypadki znajomych Krzysztofa, od których chciał wziąć pieniądze, by je korzystnie zainwestować. Ci, którzy na to się wtedy nie zdecydowali, mogą dziś spać spokojnie. Nie wiadomo nawet, ile osób skusił Krzysztof perspektywą uzyskania jeszcze większej gotówki. Bogdańscy na krótko przed zaginięciem zrobili maksymalne debety na kartach kredytowych wśród których nie brakowało też złotych się stało z Bogdańskimi? Policja rozważała wszystkie możliwości. Zaczęli od najgorszej, która zakłada, że rodzina została zamordowana. W ich domu przeprowadzono ekspertyzy biologiczne przy udziale lamp ultrafioletowych. Przekopano całą działkę. Wykorzystano kamery termowizyjne i sondy. Psy szkolone w poszukiwaniu zwłok sprawdziły ogromny teren wokół posiadłości Bogdańskich, ale nie znaleziono żadnych śladów. Policjanci wykluczyli też tak zwane rozszerzone jakim celu Krzysztof Bogdański gromadziłby pieniądze? - zastanawiał się policjant prowadzący najbardziej skłaniają się ku innemu rozwiązaniu zagadki. Ich zdaniem zniknięcie rodziny zostało szczegółowo zaplanowane. Zaginęli, by rozpocząć nowe życie. Nie jest przypadkiem, że zgromadzili tak dużą sumę pieniędzy - twierdził w rozmowie policjant z wydziału kryminalnego. - Nie była to kwota, którą można było szybko wydać. Przed zniknięciem Krzysztof Bogdański sprzedał też swoje volvo za 60 tysięcy po zaginięciu rodziny okazało się, że kilka banków jest bardzo zainteresowanych odnalezieniem Krzysztofa, a także jego żony i matki. Pod zastaw domu w Starowej Górze wzięto bowiem kilka kredytów. Gdy Bogdańscy zaciągali kredyty, nie było jeszcze Centralnego Rejestru Długów, więc można było zaciągnąć kilka pożyczek pod hipotekę jednego domu. Wzięli je: Krzysztof oraz jego żona i zainteresowanych jest kilka łódzkich prokuratur. Na wniosek banków prowadzą przeciwko rodzinie sprawy o wyłudzenie kredytów. Za Krzysztofem, Bożeną i Danutą wysłano międzynarodowe listy gończe. Są poszukiwani nie tylko w Polsce, ale na terenie całej sprawdzali, czy nie wyjechali z Polski na pokładzie samolotu lub promu, gdzie potrzebne są bilety imienne. Takich biletów nie kupowali, a przynajmniej nie na swoje uzyskali też wizy kanadyjskiej czy amerykańskiej. Nie dostali też tak zwanej zielonej karty. Nie wiadomo, czy wyjechali z Polski na podstawie autentycznych dokumentów. Wiadomo, że 66-letnia (w chwili zaginięcia) matka Krzysztofa nie miała w ogóle paszportu. Kilka lat wcześniej kobieta przeszła udar. - Miała po nim lekko wykrzywioną twarz, ale chodziła i normalnie rozmawiała - mówiła sąsiadka. Krzysztof był bardzo związany z matką. Wiele lat sama go wychowywała, więc nikogo nie zdziwiło, że zabrał ją ze sobą. Ale i tu policjanci wykazali czujność. Sprawdzili wszystkie polskie domy seniora, pomocy społecznej. Sprawdzili, czy syn przed ewentualną ucieczką nie umieścił matki w bezpiecznym miejscu. W żadnej z placówek nie znaleźli Danuty Bogdańskiej. Polscy policjanci prosili o pomoc swych kolegów z Niemiec. Wiadomo było, że za zachodnią granicą Bogdańscy mieli rodzinę i przyjaciół. Tam też nie znaleziono żadnego śladu, choć w poszukiwaniach brał udział oficer łącznikowy przy ambasadzie polskiej w Berlinie. Raz tylko przez tych kilkanaście lat policja otrzymała sygnał ze Śląska. Ktoś miał widzieć Bogdańskiego. Okazało się, że to błędny trop. Mężczyzna był tylko podobny do Bogdańskich szukała pomocy nawet u jasnowidza. Powiedział im, że żyją, ale nie chcą z nikim i rodzina Bogdańskich nie do końca wierzą w wersję, którą zakłada policja. Wspominają, że Krzysztof był wesołym, towarzyskim człowiekiem. Z drugiej strony podporządkował sobie rodzinę. Żona i dzieci wiedziały, że jak tato coś powiedział, to tak musiało być. Zaraz po zgłoszeniu zaginięcia ich dom w środku wyglądał tak, jakby przed chwilą dzieci wyszły do szkoły, rodzice do pracy, a babcia do sklepu. W pokoju chłopca pozostała włączona do prądu ładowarka telefoniczna. W łazience zostały szczoteczki do zębów, kosmetyki. Małgosia zostawiła swój notes z telefonami, portfel, a nawet pamiętnik. Danuta Bogdańska nie zabrała swoich lekarstw. Z komputerów usunięto twarde dyski, więc policja nawet nie wie, jakie strony Krzysztof przeglądał w Internecie. Rodzina Bogdańskich szukała pomocy nawet u jasnowidza. Powiedział im, że żyją, ale nie chcą z nikim ofertyMateriały promocyjne partnera Rafał Ziemkiewicz odniósł się do postulatu kanclerza Olafa Scholza o wiodącej roli Niemiec w Unii Europejskiej. W tekście, opublikowanym przez "Frankfurter Allgemeine Zeitung", ale także przez "Gazetę Wyborczą", Olaf Scholz powiedział, że energetyczne uzależnienie Niemiec się od Rosji było błędem, który jest teraz naprawiany. Kanclerz Niemiec postawił jednocześnie postulat, żeby przekształcić Unię Europejską w jeden podmiot geopolityczny, w którym wiodącą rolę odrywałyby Niemcy. Wcześniej Schulz, teraz Scholz Kwestia sytuacji na europejskiej scenie politycznej w kontekście interesów polskich była jednym z wątków piątkowej rozmowy z Rafałem Ziemkiewiczem na antenie Telewizji Republika. Publicysta przypomniał, że 5 lat temu to właśnie "Do Rzeczy" próbowało nagłośnić wypowiedzi Martina Schulza, który kilkukrotnie na różnych zjazdach zapowiadał, że do 2025 roku zbudowane zostaną Stany Zjednoczone Europy. – Oczywiście to, co oni budują, to Związek Socjalistycznych Republik Europejskich – zaznaczył Ziemkiewicz. – Schulz mówił wyraźnie, że rządzić muszą Niemcy, bo – tu wskazał oskarżycielskim palcem dwa kraje w Europie środkowo-wschodniej – niszczą demokrację i praworządność. (…) Teraz kanclerz Scholz do tego wraca. Niemcy uważają siebie za prymusa świata i sądzą, że mają wobec ludzkości, a na pewno Europy obowiązek "ogarnięcia tej ciemnej masy i poprowadzenia we właściwym kierunku". Ciekawe jest natomiast to, że Scholz zrobił to akurat teraz, po serii kompromitacji, gdzie opłacałoby mu się zamknąć na razie – powiedział Ziemkiewicz. Ziemkiewicz: Bzdura, że z Unii Europejskiej płynie dostatek – Obok wypowiedzi Scholza mieliśmy całą serię jednoznacznych sygnałów do Polski, że Europa nie zamierza odpuścić teraz takiej okazji, jaką jest przyciśnięcie nas teraz kryzysem, węglem, uchodźcami. (…) Unijny komisarz ds. praworządności Didier Reynders powiedział, że Polska nie może liczyć na żaden „rabat wojenny” – przypomniał Ziemkiewicz. – Przyjechała – użyję potoczne słowa – "kontrol" z Parlamentu Europejskiego. Członkowie tej delegacji zaapelowali, żeby zgłaszać im przypadki nieprawidłowości. Jak wiadomo, był to apel do opozycji. Chcieli mieć podkładkę do wstrzymania nam unijnych środków, nie tylko z KPO, bo tych pieniędzy to nigdy nie zobaczymy, tylko generalnie – kontynuował publicysta. – Nie było jeszcze sytuacji, żeby któryś unijny kraj został zaszczycony przez taką "kontrol". Oni nie ukrywają zamiarów. (…) Nazajutrz po artykule Scholza, Reuters podaje informację, że Rosja wznowi dostawy przez Nord Stream 1 do Niemiec – powiedział. Ziemkiewicz ocenił, że w Polsce funkcjonują w tym kontekście dwie mega bzdury. – Pierwsza, to że z Unii płynie do nas dostatek, a jak wyjdziemy, to będzie bieda. Otóż to UE wysysa z nas (…) Druga bzdura, to jest, że jak Polska wyjdzie z UE, to będzie nas okupował wschód – powiedział publicysta. Czytaj też:Ziemkiewicz: Ja w to nie wierzę, ale premier wierzy Źródło: / Telewizja Republika, YouTube Dr. Frederick Lenz, słynny amerykański ekspert od reinkarnacji, w swojej najsłynniejszej książce „Lifetimes: True Accounts of Reincarnation”, opisuje wiele przypadków reinkarnacji, podczas których mężczyzna o imieniu Alan Lee, potrafi przypomnieć sobie szczegółowo 16 przeszłych reinkarnacyjnych żyć. Raport śledczy Fredericka Lenza wzbudził swego czasu sensację w środowisku naukowym. Doświadczenia życiowe Alana Lee Alan Lee miał wtedy 38 lat. Urodził się w zamożnym domu w Filadelfii. W dzieciństwie lubił nosić w domu szatę i koronę i odgrywać rolę egipskiego faraona. Nie lubił się uczyć, a szkołę opuścił będąc już w 10 klasie. Potem pracował w każdej branży, ale później zajął się biznesem i stał się całkiem zamożny. Zaniepokojony i zdezorientowany Alan Lee postanowił poddać się hipnozie dr Irvinga Mordesa, znanego psychiatry z Baltimore w stanie Maryland. Pod nadzorem dr Modesa, Lee, w stanie lunatykowania, przypomniał sobie szczegółowo wydarzenia ze swoich 16 żyć. Potrafił nie tylko opowiadać, ale także szczegółowo pisać w określonych językach z każdego życia, włączając w to starożytne pismo egipskie, starożytne pismo rzymskie, pismo włoskie i tak dalej. Potrafił nawet przepowiadać przyszłość w stanie hipnozy i przewidział nazwę nowego leku na raka. Niektóre tożsamości z poprzedniego życia zostały zweryfikowane Wśród 16 reinkarnacji opisanych przez Alana Lee, wiele z nich było zwykłymi ludźmi. Nie ma zapisów w książkach historycznych, więc trudno to zweryfikować, chociaż zapisy genealogiczne zostały potwierdzone. Alan Lee przypomniał sobie, że w swoim życiu był faraonem Kallikratesem ze starożytnego Egiptu i rządził starożytnym Egiptem od 341 do 344 roku Podczas hipnozy Alan Lee mówił płynnie w języku starożytnego egipskiego i pisał starożytnymi egipskimi „hieroglifami”. Pomimo tego, że był zahipnotyzowany, mówił z bardzo arogancką postawą i godnością jak cesarz. Uczeni „egiptolodzy” z Maria State University i Catholic University zostali zaproszeni do zbadania hieroglifów napisanych przez Alana Lee i potwierdzili, że rzeczywiście były to pisma egipskie. Po odsłuchaniu taśmy z sesji hipnozy potwierdzili oni również, że język, którym posługiwał się Alan Lee był starożytnym językiem egipskim. Po weryfikacji okazało się, że w starożytnym Egipcie rzeczywiście istniał faraon, który był cesarzem tylko przez trzy lata, a jego imię było poprawne. Najdziwniejsze jest to, że ten faraon nie jest znaną postacią historyczną. Jak Alan Lee dowiedział się o historii tego faraona? Co więcej, opuścił on szkołę w gimnazjum i nie uczył się zbyt wiele. W jaki sposób Alan Lee nauczył się starożytnych egipskich znaków i języków? Eksperci nie potrafią tego wszystkiego wyjaśnić, a to wszystko wydaje się wręcz niesamowite. Podczas hipnozy Alan Lee powiedział, że przez jedno życie był on niejakim Jamie Brewsterem, żołnierzem z Południa podczas amerykańskiej wojny secesyjnej, który urodził się w Georgii w 1847 roku i zginął na wojnie w 1863 roku, w wieku 16 lat. Zdarzenie to zostało potwierdzone przez ekspertów na podstawie historii wojny secesyjnej oraz spisu oficerów i żołnierzy. To, co zastanawiało ekspertów, to fakt, że Brewster był zwykłym żołnierzem, a nie celebrytą, i nie było żadnych doniesień medialnych na temat życia tego żołnierza. Alan Lee był również dobrze zorientowany w doświadczeniach życiowych Brewstera. Alan Lee przypomniał sobie, że w innym życiu był rdzennym amerykańskim Indianinem o imieniu Sequoya. Choć nie ma sposobu, by to potwierdzić, podczas hipnozy szczegółowo opisał góry, w których mieszkali tubylcy. Eksperci potwierdzają, że jest to z grubsza potwierdzone. Alan Lee powiedział kiedyś, że przez całe życie był żydowskim hebrajskim niewolnikiem o imieniu Yosepheus. Żył w czasach Jezusa dwa tysiące lat temu. Był kiedyś świadkiem prześladowań i śmierci Jezusa, który był sądzony i przybity do krzyża. Alan Lee przypomniał sobie, że w innym życiu był rdzennym amerykańskim Indianinem o imieniu Sequoya. Choć nie ma sposobu, by to potwierdzić, podczas hipnozy szczegółowo opisał góry, w których mieszkali tubylcy. Eksperci potwierdzają, że jest to z grubsza potwierdzone. Alan Lee powiedział kiedyś, że przez całe życie był żydowskim hebrajskim niewolnikiem o imieniu Yosepheus. Żył w czasach Jezusa dwa tysiące lat temu. Był kiedyś świadkiem prześladowań i śmierci Jezusa, który był sądzony i przybity do krzyża. Był kiedyś obcym o imieniu „Nolan” W 16 reinkarnacjach Alana Lee zaskakujące jest to, że był on również obcym. Powiedział bowiem, że przez całe życie był formą życia pochodzącą z Neptuna. Pierwotnie była to „duchowa energia”, która przybyła na ziemię, aby żyć w ciele. W tym czasie istoty ludzkie na Ziemi nie były jeszcze stworzone. Powiedział, że później zginął w eksplozji nuklearnej. Jego imię jako osoby z kosmosu brzmiało „Noran”. Mówił płynnie wysokim tonem w dziwnym języku w transie przypominającym sen, a kiedy się obudził, napisał duży fragment tekstu „Neptune”, który wyglądał jak symbole skrótu. Kiedy Alan Lee wspominał to życie, wiele z wymienionych wiadomości nie było znanych ekspertom i byli oni oszołomieni ze zdziwienia. Słynna gwiazda filmowa w czasach współczesnych Co ciekawe, Alan Lee wspomniał, że w jednym życiu był słynną gwiazdą filmową w czasach współczesnych, a także przedstawił wiele sprawdzalnych dowodów. Zgodnie z jego wspomnieniami, w poprzednim życiu występował jako Rudolph Valentino (1895-1926). Valentino był jedną z najpopularniejszych gwiazd w latach 20-tych XX wieku i jednym z najbardziej znanych aktorów ery kina niemego. Mimo że filmy, w których występował, nie są obecnie zbyt znane, Valentino jest jednym z najbardziej znanych aktorów. Ojciec Valentino był Włochem, a matka Francuzką. W trakcie hipnozy Alan Lee zdradził wiele sekretów z życia prywatnego Valentino oraz wiele ciekawostek z życia filmowców. Napisał nawet list po włosku jako list od Valentino do jego matki. Ekspertom bardzo łatwo było zweryfikować autentyczność reinkarnacji Alana Lee. W końcu Valentino jest sławnym aktorem w czasach współczesnych. Istnieją dane i dowody. Eksperci specjalnie zaprosili weteranów z Hollywood, aby przepytali Alana Lee. Szokujące było to, że weterani zadawali pytania, które znał tylko Valentino i ludzie obecni w tamtym czasie, a Alan Lee potrafił udzielić po kolei prawidłowych odpowiedzi. Fotograf, który kręcił film z firmowym Valentino, „The Sheik”, zapytał Alana Lee: „Podczas pierwszego dnia było filmowanie, ile osób pojechało razem na miejsce, aby rozpocząć zdjęcia? Jaki wydarzył się wypadek?” Alan Lee odpowiedział: „Ja (Valentino) jechałem z 3 z was, w sumie 4 osoby. Samochód miał wypadek po drodze, a przednie prawe koło odpadło i stoczyło się na pobocze.” Odpowiedź jest zgodna z faktami z danego roku! Alan Lee przytoczył również nazwiska i relacje trzech osób z tej samej grupy, z których wszystkie były poprawne. Z tych czterech osób w tamtym czasie żył jeszcze tylko fotograf, a pozostała trójka już dawno nie żyła. Fotograf nigdy nie mówił osobom postronnym o tych błahych sprawach. Dlatego odpowiedź Alana Lee była dla niego, delikatnie mówiąc, zaskoczeniem. Ekspert od pisma ręcznego wezwał Alana Lee, by podpisał się nazwiskiem Valentino, a następnie sprawdził oficjalny podpis Valentino na dokumencie złożonym jeszcze w czasie jego życia, i ze zdziwieniem stwierdził, że oba podpisy idealnie do siebie pasują! Jeszcze bardziej szokujące jest to, że pismo ręczne może być tak żywo imitowane. Po zweryfikowaniu obu podpisów, ekspert od pisma ręcznego stwierdził, że pismo Alana Lee i Rudolpha Valentino jest dokładnie takie samo, a nie imitowane. Odciski palców, z punktu widzenia współczesnej medycyny, są unikalne dla każdej osoby i pozostają takie same przez całe życie. Na świecie nie ma dwóch takich samych odcisków palców, dlatego odciski palców stały się jednym z ważnych dowodów w śledztwach kryminalnych. Niesamowite jest to, że po weryfikacji przez ekspertów, odciski palców Alana Lee były dokładnie takie same jak odciski Valentino, który zmarł w 1926 roku. Ciekawe jest jednak to, że choć odciski palców Alana Lee są dokładnie takie same jak Valentino, to jego wygląd różni się od Rudolpha Valentino. Świadectwo od psychiatry Psychiatra, który zahipnotyzował Alana Lee, Irvine. Dr Modes, powiedział, że badał Alana Lee przez 5 lat i wierzył, że nie popełnił on żadnego oszustwa w tym procesie. „To, co ten człowiek powiedział pod hipnozą, jest niewiarygodne! Nie potrafię wyjaśnić, o co w tym chodzi” – powiedział dr Modes. Psychiatra z Indii, dr H N Banerjee, badał reinkarnację przez ponad 25 lat. Po przeczytaniu raportu Alana Lee powiedział: „Historia reinkarnacji Alana Lee jest najdziwniejszym przypadkiem. Nie ma żadnego naukowego wyjaśnienia”. Opracował: Amon fot. Adobe Stock, Maksym Povozniuk Zbierał na ten samochód przez sześć lat. Jeździł starym, wysłużonym oplem, ale marzył o sportowym mercedesie. Mnie samochody jakoś nigdy nie kręciły. Ważne było tylko to, żeby się nie psuły i mało paliły. Szanowałam jednak pasję i marzenie mojego chłopaka. Imponowało mi, że potrafi być tak konsekwentny i odmawiać sobie przyjemności, żeby zaoszczędzić na upragnione cacko. Z każdej pensji odkładał tysiąc złotych, a przez ostatnie dwa lata pracował w dwóch firmach, żeby dorobić. I w końcu go sobie kupił. W dobrym stanie, czarny, z przyciemnianymi z tyłu szybami, w środku skórzana tapicerka. Nie powiem, lubiłam, gdy Janek mnie nim gdzieś podwoził. Mój chłopak oszalał na punkcie tego auta. Dbał o nie, trzymał w garażu, sprzątał w nim częściej niż w domu i widać było, że sprawia mu to przyjemność. Gdy ja wieczorem szłam się kąpać i odprężyć w wannie, on wsiadał w samochód i dla relaksu jeździł po mieście. Wpadł do pokoju blady jak ściana Pamiętam, to była majówka. Pojechaliśmy na długi weekend z przyjaciółmi Janka nad jezioro. Niedaleko, jakieś trzydzieści kilometrów za naszym miastem. Zatrzymaliśmy się w niewielkim pensjonacie z gabinetem spa. Leżałam właśnie na porannym masażu, kiedy do gabinetu znienacka wpadł przerażony Janek. Był blady jak ściana. Od razu wiedziałam, że stało się coś złego. – Nie ma go, rozumiesz?! Nie ma! – krzyczał jak oszalały. Nie wiedziałam, o co mu chodzi, ale zerwałam się na równe nogi i owinięta w sam ręcznik pobiegłam za Jankiem do ogrodu. Na parkingu przed pensjonatem stał tylko czerwony fiat naszych znajomych i samochód właścicieli posesji. Mercedesa Janka nie było. Zniknął, rozpłynął się w powietrzu... – Ukradli go, cholera jasna, po prostu go w nocy ukradli! – Janek przykucnął na trawie i ukrył twarz w dłoniach. Mercedes był ubezpieczony. Janek miał odzyskać większość pieniędzy, ale nie na tym polegał problem. Chodziło o wymarzone, wypieszczone cacko mojego narzeczonego. Był z nim związany emocjonalnie. Nie mógł pogodzić się z tym, że go stracił. Janek zgłosił sprawę na policję, jednak nie miał złudzeń. Zresztą sami policjanci na komendzie poinformowali nas, że istnieje najwyżej pięć procent szans na to, żeby samochód się znalazł. – Proszę pana, to zawodowcy – zwrócił się do Janka mundurowy. – Oni doskonale wiedzieli, po jaki samochód przyjechali. Musieli pana już wcześniej obserwować. Innych aut nie ruszyli, bo za tanie. Wzięli tylko ekskluzywną brykę, już pewnie mają na nią kupca. Do domu odwieźli nas znajomi. Janek był załamany. Pocieszałam go, jak mogłam. Próbowałam odwrócić uwagę od tematu, fundowałam mu różne rozrywki, ale widziałam, że ciągle myśli o skradzionym samochodzie. W końcu za namową mamy zorganizowałam w swoim rodzinnym domu na wsi dużą imprezę. Akurat zbliżały się moje urodziny, więc uznałam, że zaprosimy moich i Janka znajomych i pobalujemy przez weekend. – Kochanie, dajemy wam nasz dom do dyspozycji na cały weekend już od piątku – powiedziała mama. – U nas jest dużo miejsca, możecie sobie zaprosić nawet ze trzydzieści osób. Niech Janek się w końcu wyluzuje i choć przez chwilę zapomni o tej przykrej sytuacji. Uwielbiam moją mamę. Ona zawsze myśli o innych i stara się tak wszystko zorganizować, żeby rodzina czuła się komfortowo. Goście dopisali. Przyjechało ponad trzydzieści osób i wszyscy od razu wzięli w obroty Janka. Widziałam, że dużo się śmiał, nawet chętnie tańczył. Chyba faktycznie na chwilę zapomniał o tym swoim nieszczęsnym cacku. Mnie, z racji urodzin, wszyscy chcieli upić już w pierwszej godzinie zabawy. W końcu poczułam, że kręci mi się w głowie stanowczo zbyt mocno jak na tak wczesną godzinę i wymknęłam się na górę. Sypialnia rodziców była zamknięta na klucz, więc weszłam do pokoju mojego brata, Karola, który nadal mieszkał z rodzicami. Nie chciał przyjść na imprezę, chociaż został zaproszony. Powiedział, że ma jakąś fuchę do zrobienia w weekend, podobno świetnie płatną, więc szkoda mu było odmówić. Położyłam się na jego łóżku i chyba na chwilę zasnęłam. Obudził mnie dźwięk telefonu. Denerwujący, natarczywy, choć jakby trochę przytłumiony. Bardzo chciałam go wyłączyć, ale nie wiedziałam, skąd dobiega dźwięk. Zaczęłam rozglądać się po pokoju i w końcu znalazłam źródło hałasu. Melodyjka dochodziła z dużej szafy stojącej pod oknem. W dzieciństwie Karol zrobił z niej rupieciarnię i najwyraźniej tak już zostało. Najpierw trzymał w niej modele samolotów, później części do rowerów i deskorolek, które przerabiał za pieniądze. Błagał, żebym go nie wydała Podeszłam do szafy, otworzyłam ją i… omal nie straciłam życia! Z górnej półki spadło na mnie wielkie pudło z narzędziami, mocno uderzając mnie w głowę. Dotknęłam ręką włosów. Nie było krwi. Za to na dole szafy, na spodniach Karola leżał włączony telefon, na który ktoś usilnie próbował się dodzwonić. Wyłączyłam go i odetchnęłam z ulgą. Potem wdrapałam się na krzesło, bo chciałam schować na górę to przeklęte pudło. Próbowałam przez dobre pół minuty je tam upchać, ale chociaż miejsca było dość, nie chciało się zmieścić. Coś ewidentnie zawadzało. W końcu odłożyłam karton i próbowałam wymacać przeszkodę. To było coś metalowego i całkiem sporego. Jakby blacha. Wyjęłam to i… stanęło mi serce. To były tablice rejestracyjne, a wśród nich – tablica z samochodu mojego chłopaka! Nie powiedziałam nic Jankowi. Nie chciałam rzucać oskarżeń, zanim wyjaśnię sprawę. Ale na poniedziałek wzięłam wolne i rano przyjechałam pod dom rodziców. Zatrzymałam się na tyle daleko, żeby Karol mnie nie widział. Czekałam, aż wyjedzie do pracy. Pojechałam za nim. Rzeczywiście udał się do hurtowni, w której pracował na pół etatu. Ale już po godzinie stamtąd wyszedł, wsiadł w samochód i odjechał. Ja oczywiście za nim. Zaparkował przy przydrożnej knajpie, za chwilę podjechało tam kilku podejrzanie wyglądających facetów w czarnych bmw. Nie wychodziłam z auta, czekałam na rozwój wydarzeń. Po jakichś czterdziestu minutach wszyscy wyszli, wsiedli do samochodów i ruszyli dalej. Dojechałam za nimi do dużego budynku z ogrodzonym siatką parkingiem. Na środku stał samochód Karola, a obok, kilkanaście innych aut. „To dziwne, że obok budynku, który wygląda na starą, opuszczoną fabrykę parkuje tak dużo osób”, pomyślałam. Furtka była otwarta, ostrożnie weszłam do środka. To była wielka hala, w której oprócz mercedesa Janka stało kilka innych luksusowych samochodów. Parę z nich było już rozebranych na części. Uciekłam stamtąd, zanim ktokolwiek mnie zobaczył. Wieczorem pojechałam do Karola. Miałam ochotę sprać go na kwaśne jabłko, tyle było we mnie wściekłości. – Jak możesz być takim draniem!? – krzyczałam. – Nie dość, że jesteś przestępcą, złodziejem, to jeszcze ukradłeś samochód mojemu chłopakowi! Poza tym jak możesz przetrzymywać w domu rodziców tablice rejestracyjne z kradzionych samochodów? Przez ciebie mogą mieć kłopoty. – Te tablice leżały u mnie tylko kilka dni – powiedział cicho Karol. – Pojutrze przyjeżdża do miasta człowiek, który zabiera je hurtowo po akcjach. Mój brat nie zamierzał się więcej przede mną tłumaczyć. Poprosił tylko, żebym nie mówiła nikomu o tym, co wiem. – Janek odzyska pieniądze z ubezpieczenia, a ja przecież nie mogę mu teraz oddać tego samochodu, bo ci kolesie mnie zabiją – stwierdził zdenerwowany. – Wiem, że przegiąłem, ale zamiećmy sprawę pod dywan, proszę cię. Skończę z tym, obiecuję. Zajmę się uczciwą robotą. Tylko mnie nie wsyp. Nie powiedziałam nic ani Jankowi, ani rodzicom. Uznałam, że faktycznie to tylko skomplikuje całą sprawę. Janek w końcu kupił sobie nowy samochód. Trochę tańszy, ale też ładny. Widzę, że znów ma frajdę z wieczornych kursów po mieście. Karolowi nie wybaczyłam tego, co zrobił, ale ostatnio powiedział, że wybiera się do pracy do Anglii. Chyba faktycznie zerwał kontakty z półświatkiem i chce zacząć wszystko od nowa. Mam taką nadzieję. Czytaj także:„Jestem 60-letnią panią do towarzystwa. Mam sponsorów i się tego nie wstydzę, bo utrzymuję w ten sposób wnuczkꔄDziadek wykończył psychicznie całą rodzinę. Moi rodzice drżeli na dźwięk jego imienia, nikt nie chciał go odwiedza攄Córka wyjechała za granicę. Nie przeszkadza jej, że nikt nie chce zająć się jej dzieckiem, które tuła się po krewnych”

a kto powiedział że to był przypadek